Baner desktopowy
Baner mobilny
Wyszków podczas pierwszych dni II wojny światowej. Wspomnienia (FOTO)

Wyszków podczas pierwszych dni II wojny światowej. Wspomnienia (FOTO)

01.09.2026
autor: opr. ES, fot. ze zbiorów Biblioteki Miejskiej w Wyszkowie
Kiedy wybuchła II wojna światowa, Andrzej Kondracki, późniejszy kapłan, miał 7 lat. Swoje wspomnienia spisał, kompletując materiały do książki o Wyszkowie. Niestety, nie udało mu się jej wydać przed śmiercią w 2025 r. Publikujemy fragmenty opisujące pierwsze dni wojny.
 
Ks. Andrzej Tadeusz Kondracki, syn Jana i Eufrozyny z Wałowskich, urodził się w Warszawie 17 września 1931 r., ochrzczony został 3 kwietnia 1932 r. w Mławie (jego ojciec w był wówczas sędzią w tym mieście). Był absolwentem wyszkowskiego liceum (małą maturę zrobił w 1948 r.), Liceum Techniczno-Teatralnego w Warszawie, Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku (przez 25 lat w WSD prowadził teatr klerycki). 
Diakonem został 23 marca 1958 r., a prezbiterem 8 czerwca 1958 r. Był wikariuszem m.in. w Ciechanowie, Długosiodle, Bodzanowie, Płocku, a w latach 1971-2006, do czasu przejścia na emeryturę, proboszczem w parafii Soczewka. W 1975 r. otrzymał tytuł kanonika, w 1992 r. został kapelanem Jego Świątobliwości, a 7 lat później kanonikiem honorowym Kapituły Katedralnej Płockiej.
Jest autorem m.in. książek wspomnieniowych „Kapłaństwo i teatr” oraz „Kapłaństwo i życie”, których fragmenty zamieszczaliśmy w „Nowym Wyszkowiaku”. W ostatnich miesiącach pisał książkę wspomnieniową o Wyszkowie, która jeszcze nie została wydana.
Ks. Andrzej Kondracki zmarł 26 stycznia 2025 r. w Domu Seniora Leonianum w Sikorzu k. Płocka. Został pochowany na cmentarzu w Soczewce obok siostry Magdaleny i siostry ojca Zofii Wojciechowskiej. 
Dziś zamieszczamy fragmenty Jego ostatniej książki (jeszcze nie została wydana), dotyczące pierwszych dni II wojny światowej.
Elżbieta Szczuka

Ucieczka

Pamiętam dzień 1 września, kiedy wybuchła wojna. W Wyszkowie był właśnie odpust św. Idziego. Ludzie ciągnęli tego dnia do kościoła i nie słyszeli jeszcze, że jest wojna. Tymczasem już poprzedniego dnia zatrzymali się u nas państwo Strzeleccy z całym dworem. Jechały bryczki, kareta i mnóstwo fornalek parokonnych. Pan Strzelecki zabrał wszystkich swoich pracowników z rodzinami i dziećmi. Przypominało to cygański tabor. Na podwórko wjechały pojazdy, na których jechała tylko rodzina pana Strzeleckiego. Mama zaczęła przygotowywać obiad. Po południu cały tabor ruszył przez most na drugą stronę Bugu. Kiedy następnego dnia ogłoszono stan wojenny, ojca jeszcze nie było. Pamiętam, że od rana patrzyłem przez parkan na ludzi idących ze wsi na odpust i kiwałem głową, że nic nie wiedzą o wybuchu wojny. Po południu przyszedł ojciec. Szedł na piechotę z Mławy w tłumie uciekinierów. Od razu poszedł szukać furmanki, żeby nas wywieźć z Wyszkowa. Trzeba było jeszcze zabrać dziadków Kondrackich. Babcia Wałowska już nie żyła. Dziadek Kondracki miał duży sklep w rynku „Handel win i wódek”, który założył po zlikwidowaniu restauracji.
Ojciec zajechał pod dom jednokonną furmanką i kazał wszystko szybko pakować. Na początek w ruch poszły kufry. Babcia już przyjechała z ojcem. Siedziałem z siostrą na wozie i patrzyłem na mamę, która znosiła różne rzeczy. Jeszcze podała kosz gruszek, świeżo zerwanych, jeszcze chwyciła jedną kaczkę ze stada chodzącego po podwórku. Tak trudno było zostawić wszystko na pastwę losu, bez opieki. Wszystkie drzwi zostały pozamykane na klucz.
Była z nami babcia. Dziadek został w sklepie pod warunkiem, że woźnica następnego dnia przywiezie go do nas. Przejechaliśmy przez most i skręciliśmy na szosę łochowską. Zatrzymaliśmy się w Pogorzelcu. Ojciec znalazł dom na początku wioski. Oddano nam jedną izbę, do której udało się złożyć przywiezione rzeczy. Z niepokojem czekaliśmy na przyjazd dziadka z Wyszkowa. Tymczasem nad ranem dały się słyszeć od strony Wyszkowa detonacje. Niemcy rzucili pierwsze bomby na miasto. Już powstały pożary. Babcia zaczęła głośno mówić różaniec. Na szczęście woźnicy udało się wyjechać z dziadkiem z Wyszkowa wcześnie rano i byli już za miastem, kiedy spadły na nie pierwsze bomby. Dziadek przywiózł ze sobą, co tylko się dało ze sklepu. W czasie wojny będzie to jedyny towar zamienny, pozwalający utrzymać przy życiu rodzinę. Mój ojciec wiedział, że pan Strzelecki z całym dworem zatrzymał się w Loretto, w domu zakonnym sióstr. Loretto leżało niedaleko od Pogorzelca, po drugiej stronie szosy. Ojciec wrócił z wiadomością, że państwo Strzeleccy wyjeżdżają dalej i zabierają nas ze sobą.
W południe do Pogorzelca zajechała furmanka. Były już na niej rzeczy uciekających, ale znalazło się jeszcze miejsce dla nas. Kufry zostały w Pogorzelcu pod opieką dziadków. Dziadkowie nie chcieli uciekać. Mieli nadzieję na przeczekanie wojny na wsi.

Lasy łochowskie

Wprawdzie spodziewano się wybuchu wojny, ale tak brutalna napaść Niemców na Polskę była wstrząsem dla całego kraju. Płonęły miasta, walały się trupy zabitych. Ludzie w panice uciekali, zabierając ze sobą tobołki. Szosy były zatłoczone. Matki szukały dzieci. Jakaś dziewczynka ciągnęła na sznurku kozę, której nie chciała zostawić samej. Spocony starszy pan dźwigał dwie walizki przewieszone na pasku przez ramię. Popłoch zwiększał się, gdy usłyszano z daleka warkot nadlatujących samolotów. Ktoś zawołał: „Kryj się”. W jednej chwili wszyscy rozbiegli się, szukając schronienia; wystarczył rów przydrożny, czy bruzda na polu. Przelatujące nisko samoloty strzelały do wszystkich. Kiedy odleciały, słychać było tylko jęki i płacz. Zostały ciała zabitych i rannych. Niemcy strzelali z samolotów do uciekinierów w dzień, dlatego poruszano się nocą. W ciągu dnia trzeba było szukać schronienia pod drzewami. Dwór państwa Strzeleckich wyjeżdżał na drogę, kiedy robiło się już ciemno, a wczesnym świtem chował się w lesie albo w przypadkowej kępie drzew. Ta nocna ucieczka wryła się w moją pamięć. Siedziałem z siostrą na przeładowanym wozie. Dorośli szli piechotą. Widać było tylko ich ciemne sylwetki. Co jakiś czas było słychać wybuchy. W powietrzu unosił się swąd spalenizny i końskiego potu. Słychać było nawoływania poszukujących się uciekinierów. O brzasku zjeżdżaliśmy z ubitej drogi do jakiegoś lasku, żeby przeczekać dzień. Wjechaliśmy w końcu w lasy łochowskie. Tu można było poczuć się bezpieczniej. Leśnymi drogami poruszał się tylko nasz tabor. Wszyscy byli przekonani, że wojna niedługo się skończy i będzie można bezpiecznie wrócić do domu.
Zatrzymaliśmy się niedaleko leśniczówki, do której przychodziło się po wodę. Dochodziły do nas odgłosy walki. Docierały smutne wiadomości. Warszawa upadła. Od wschodu Związek Radziecki rozpoczął najazd na Polskę. Coraz częściej słyszało się, że żołnierze po odniesionej klęsce wracali w cywilnych ubraniach do domów. Niedaleko w lesie słychać było strzały. Dowiedzieliśmy się potem, że oficer pożegnał się z żołnierzami, a sam odebrał sobie życie. O naszych dalszych losach zadecydowała pogoda. Którejś nocy spadł deszcz. Do tej pory spaliśmy pod gołym niebem. Jesień była nadzwyczaj pogodna. Ale tej nocy rzęsista ulewa wszystkich zmoczyła. Matki z małymi dziećmi schroniły się w karecie, a my jak kaczki ociekaliśmy wodą. Rano mężczyźni rozpalili ognisko i wszystko trzeba było suszyć.
Wyjechaliśmy z lasu na szosę. Spotkaliśmy pierwszych Niemców. Jechali na motocyklach z przyczepami. Pierwszy kierował, a drugi trzymał broń. Mieli gumowe płaszcze i hełmy. Widać było groźne oczy badające teren. Posuwaliśmy się w kierunku Wyszkowa. Na Bugu był tylko most pontonowy dla potrzeb wojska. Na łąkach nad rzeką koczowali uciekinierzy czekający na pozwolenie na przeprawę. Na wysokim brzegu rzeki widać było spalone miasto. Siedziałem na wozie i patrzyłem, jak w blasku księżyca sterczały mury domów. Ponad wszystkim było widać szczątki spalonego kościoła. Wszędzie unosił się swąd spalenizny. Wszyscy czekaliśmy na przeprawę.
WOK Hutnik - Kino Plenerowe wrzesień 2026
Komentuj, logując się przez Facebooka, Google+, Twittera, Disqus LUB pisz jako gość
Zitcom
Zitcom