12 lipca 1986 r. w Wyszkowie zmarł ceniony pianista i kompozytor Wacław Kisielewski. Dokładnie w 40. rocznicę na scenie WOK „Hutnik” piękną muzyką w mistrzowskim wykonaniu o Wacławie Kisielewskim opowiedział jego przyjaciel i wybitny pianista Marek Tomaszewski. Po recitalu do artysty dołączyli najbliżsi Wacława Kisielewskiego, by kontynuować tę niezwykle emocjonalną opowieść. Były uśmiechy, łzy wzruszenia, a momentami taka cisza, jakby cała widownia wstrzymała oddech.
Marek Tomaszewski i Wacław Kisielewski tworzyli legendarny duet fortepianowy „Marek i Wacek”, koncertujący nie tylko w kraju, ale też poza granicami komunistycznej Polski.
- Z Wackiem poznaliśmy się na studiach. Wacek przyjechał z Krakowa do Warszawy, ja przyjechałem z Gdańska w 1961 r. i od razu żeśmy się zaprzyjaźnili. Przez pierwsze 2 lata chodziliśmy razem do klubów jazzowych, graliśmy w pokera, mieliśmy inne przyjemności razem. To było niesamowite, dlatego że nie mając w ogóle pieniędzy, czasami przy szkole muzycznej rozmawialiśmy przez godzinę, bo nie stać nas było na kawę. I z tej przyjaźni po 2 latach powstał duet. To nie było dwóch muzyków, którzy z kontraktem, wyłącznie czystą propozycją muzyczną chcą coś zrobić razem. To była przyjaźń – rozpoczynając koncert, opowiadał Marek Tomaszewski. Na koncerty w „Hutniku” i Muzeum Cypriana Norwida w Dębinkach (odbył się dzień wcześniej), przyleciał z Paryża, gdzie osiadł na stałe w latach 80.
9 lipca 1986 r. w Kamieńczyku (niedaleko rynku) doszło do tragicznego wypadku samochodowego. W wyniku odniesionych obrażeń Wacław Kisielewski zmarł w wyszkowskim szpitalu 12 lipca.
Marek Tomaszewski koncert rozpoczął romantyczną wersją Pieśni Legionów i własną kompozycją Tango Revolution opartą na Etiudzie Rewolucyjnej Chopina i Roxanne zespołu The Police. Znany jest zresztą z łączenia muzyki klasycznej z rozrywkową i zachęcania publiczności do wyszukiwania charakterystycznych, znanych motywów. Nawiązując do zainteresowania Wacława Kisielewskiego polityką, zagrał utwory z filmów „Dawno temu w Ameryce” i „Północ, północny zachód”. Samotność po śmierci przyjaciela wyraził w utworze „Solitude” Duke'a Ellingtona. W repertuarze koncertu znalazły się również utwory autorstwa obu pianistów, które dawnej wykonywali w duecie. Na koniec zadedykował przyjacielowi utwór „Rytm Of Time”.
Nie jesteśmy jednymi, którym Wacka brakuje
Po koncercie opowieść o Wacławie Kisielewskim kontynuowano w innej formie. Dyrektor WOK „Hutnik” Wiktor Czajkowski na scenę zaprosił żonę i córkę artysty Joannę i Zuzannę Kisielewskie, brata Jerzego, dziennikarkę Marię Szabłowską, redaktora naczelnego „Jazz Forum” Pawła Brodowskiego oraz, rzecz jasna, Marka Tomaszewskiego.
Spotkanie zaczęło się rodzinnie i refleksyjnie, bo goście i publiczność z uśmiechem przypomnieli sobie „Melodię dla Zuzi”, którą Wacław Kisielewski napisał, co oczywiste, dla córki. Jako kilkulatka wystąpiła zresztą w teledysku. - Głównie to było czekanie na zapleczu, a później wszyscy skakali wokół mnie, żebym coś robiła i tańczyła. Pamiętam to bardzo dobrze, ale to nie jest jakieś takie super wydarzenie - wspominała podczas spotkania w Wyszkowie.
Za jego zorganizowanie wdzięczny był Jerzy Kisielewski, dziennikarz radiowy i telewizyjny. - Są silne osobowości, które zostawiają ślad i może minąć 40 lat, a odczuwamy ich brak. Nie tylko nam ich brakuje. Brakuje też państwu. 5 lat temu Pan Piotr Adler, którego nie ma już z nami, wpadł na pomysł, żeby, jak to nazywałem, odczarować Wyszków. Nam to miejsce kojarzyło się źle. I nagle zaczęło się kojarzyć dobrze - wspominał Vacek Festival.
- Zareagowali przyjaciele, artyści, Janusz Olejniczak, Marcin Masecki, Andrzej Jagodziński. A teraz pan i pan dyrektor Muzeum Norwida przejęliście pałeczkę - zwrócił się do dyrektora „Hutnika”. - To jest dla nas szalenie cenne, bo to nie muszą być wielkie warszawskie sale, to nie musi być Kraków, to nie musi być Gdańsk, to może być świetne miejsce w Wyszkowie, to może być odzyskujący swój splendor pałac, gdzie jest Muzeum Norwida. Wielkie podziękowanie i chwała za to, a jednocześnie poczucie, że nie jesteśmy jednymi, którym Wacka brakuje.
Na pytanie o braterską relację, Jerzy Kisielewski odpowiedział: - Można się ze starszym bratem zacząć przyjaźnić, oprócz miłości jest przyjaźń. I takie miałem poczucie. Kiedyś zapytała mnie młoda, sympatyczna dziennikarka z Krakowa: będzie pan żył w cieniu brata i ojca. Ja mówię: ale to bardzo wygodne cienie.
Z kolei Maria Szabłowska wspominała dyżur w Polskim Radiu, kiedy dotarła informacja o śmierci Wacława Kisielewskiego: - To był dla mnie niesamowity szok. Myślałam, że nie przeżyję tego, bo to było takie moje pierwsze doświadczenie, że mówię nie o kimś, kogo znałam tylko z twórczości, ale o osobie bliskiej mi. Jośka mieszkała parę ulic ode mnie. Całe życie się znałyśmy. I nagle coś takiego. Ale udało mi się nie rozpłakać. Dopiero jak wypadłam ze studia, dostałam histerycznego szlochu. Nigdy tego nie zapomnę.
Znów zagrał duet „Marek i Wacek”
Przed koncertem i spotkaniem w Kamieńczyku, z inicjatywy WOK „Hutnik”, odsłonięta została pamiątkowa tabliczka. Znajduje się w pobliżu miejsca wypadku samochodowego, w którym poważnie ranny został Wacław Kisielewski.
- Jak ojciec dojechał do Wyszkowa, w zasadzie nic nie mówił - wydarzenia sprzed 40 lat wspominał Jerzy Kisielewski. Ojciec, czyli Stefan Kisielewski, znany publicysta. - Miał wręcz myśli samobójcze. Życie straciło sens dla niego. Przez cały rok nie napisał ani słowa. Nie było felietonów, nie było artykułów, nie było nic. Mam wrażenie, że stracił kogoś, z kogo był dumny. To było wielkie uczucie, a Wacek za ojca dałby się pokroić. Wacek miał pasję do życia publicznego, pasję polityczną.
- Jak się zbliżał koncert dla armii zaprzyjaźnionych, to wszyscy muzycy wymyślali pretekst, żeby nie wystąpić. A Wacek odbiera telefon, pytają, czy wystąpi pan na koncercie armii zaprzyjaźnionych. A on mówi: Ja nie jestem przekonany, czy z tymi armiami się przyjaźnię - opowiadała żona Joanna. - I miał świetny spokój, już więcej do niego nie dzwonili.
O znaczeniu duetu „Marek i Wacek” dla polskiej kultury opowiadał Paweł Brodowski: - Najpierw chciałbym powiedzieć, że jest to dla mnie zaszczyt zasiadać w gronie rodzin Kisielewskich, chyba jednej z najsłynniejszych rodzin polskiej kultury XX wieku. Dziś słuchając tego koncertu, kiedy zamykałem oczy, wydawało mi się, że gra duet „Marek i Wacek”. Marek jest takim wirtuozem, że potrafi, mając tylko dwie ręce, grać, jakby grał czterema rękami.



