Jednoosobowo ciągnął ten wózek

Wydarzenia

Jednoosobowo ciągnął ten wózek

16.01.2020
autor: Sylwia Bardyszewska
Ku końcowi zmierza proces byłego prezesa MKS Bug Wyszków Dariusza Andrzejewskiego. Proces, który jest efektem zawiadomienia złożonego w prokuraturze przez jego następcę. Marcin Chodkowski stawił się w sądzie w czwartek 16 stycznia. Mówił nie tylko, jak doszło do wykrycia nieprawidłowości, ale też o zarządzaniu klubem. Podkreślił, że Dariusz Andrzejewski był jedyną osobą, która faktycznie zarządzała finansami i brała na siebie odpowiedzialność: - Pan prezes rzeczywiście w klubie pracował i to nie mało, to trzeba mu przyznać. Jednoosobowo ciągnął ten wózek.
 
Przypomnijmy, że akt oskarżenia Prokuratura Rejonowa w Wyszkowie skierowała do sądu w marcu 2019 r. Były prezes Bugu Wyszków Dariusz Andrzejewski i była pracownica klubu Ilona J. usłyszeli po siedem zarzutów. Chodzi o siedem umów o dzieło, na których sfałszowano podpisy pięciu trenerów. Zdaniem prokuratury, Dariusz Andrzejewski, będąc prezesem MKS Bug Wyszków, działając w celu osiągnięcia korzyści majątkowej oraz pozyskania dotacji, doprowadził gminę Wyszków do niekorzystnego rozporządzenia mieniem. Umowy opiewają w sumie na 56.200 zł.
 
Rachunków nie podpisali, pieniędzy nie dostali
Na czwartkowej rozprawie stawił się jeden z najważniejszych świadków w sprawie – Marcin Chodkowski, który jako prezes klubu (od lutego 2018 r. do kwietnia 2019 r.), następca Dariusza Andrzejewskiego, złożył w prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. 
- Kiedy zaczęliśmy pracować, natychmiast zaczęli zgłaszać się różni wierzyciele, osoby które twierdziły, że klub jest im winien pieniądze - opowiadał. - Jednym z nich był trener Paweł Zacharski. Otrzymał od klubu PIT, z którego wynikało, że otrzymał 19 tys. zł czy więcej. Poinformował mnie, że kwota wskazana na PIT nie odpowiada kwocie, którą rzeczywiście dostał.
Członkowie zarządu pozyskali dokumentację klubu zarówno z biura księgowego, jak i urzędu miejskiego - dokumentację złożoną przez klub do rozliczenia I i II półrocza 2017 r. Znajdowały się tam m.in. umowy z trenerami i rachunki. - Wynikało z nich, że pan Zacharski rzeczywiście środki otrzymał – zeznał Marcin Chodkowski. - Zadzwoniłem do niego, dlaczego w takim razie chce pieniądze? Spotkaliśmy się, oświadczył, że podpisy na rachunkach nie należą do niego i żadnych środków nie otrzymał. Poinformowałem komisję rewizyjną i cały zarząd, zostałem zobowiązany do złożenia w tym zakresie zawiadomienia. O tym fakcie niezwłocznie poinformowałem pana Dariusza Andrzejewskiego, spotkałem się z nim. Zapytałem, o co chodzi? Zapewniał, że nic na ten temat nie wie, że nie ma z tym nic wspólnego.
Po sytuacji z Pawłem Zacharskim, nowy zarząd klubu zaczął przeglądać kolejne rachunki. - Bardzo szybko okazało się, że podpisy na rachunkach kolejnych trenerów zostały nakreślone tym samym charakterem pisma, widać było, że zrobiła to ta sama osoba - mówił w sądzie Marcin Chodkowski.
By to zweryfikować, zarząd spotykał się z osobami, których rachunki zostały wystawione od 1 stycznia do 31 grudnia 2017. Jedni trenerzy potwierdzali, że to ich podpisy i środki dostali, ale część rachunków została zakwestionowana. - Były trzy różne przypadki - zeznawał Marcin Chodkowski. - Pierwszy, kiedy trener wykonał pracę, ale nie otrzymał środków, choć rachunek był podpisany, jakby otrzymał. Tak było w przypadku Stefana Liszewskiego, Arkadiusza Mielczarczyka i Pawła Zacharskiego. Drugi przypadek, kiedy trener nie wykonywał umowy, nie otrzymał środków, ale się ich nie domagał, bo nie oczekiwał pieniędzy za coś, czego nie wykonał. Tak było w przypadku śp. Jana Majewskiego. Obok umowy, którą wykonał, podpisał i dostał środki, była druga umowa, fikcyjna, której nie wykonał. Trzeci przypadek to umowa na osobę nieistniejącą. Był to Adam Kucharski. W klubie pracował trener Kruciński, ale on miał swoje umowy, które były rozliczone i zapłacone. Obok tych umów były umowy na nazwisko Adam Kucharski na nieistniejące grupy lub grupy, których nie trenował. Dane teleadresowe były Adama Krucińskiego. Był jeszcze jeden przypadek, trenera Liszewskiego, kiedy rachunek był na wyższą kwotę niż rzeczywiście dostał. Dostał 4 tys. zł, a rachunek był na 5 tys. zł.
Marcin Chodkowski zaznaczył, że, weryfikując roszczenia trenerów, zarząd brał pod uwagę różne okoliczności, m.in. składki, które trenerzy pobierali od rodziców. - Zarząd sprawdzał, czy trenerzy w rozliczeniach z klubem uwzględniali środki pobrane od rodziców. Nie było przypadku, gdzie płatność byłaby zdublowana, żeby trener dochodził tego, co już otrzymał w ramach składek – zaznaczył Marcin Chodkowski. - Miałem informację od Dariusza Andrzejewskiego, jakie są zaległości wobec poszczególnych trenerów i zgadzało się to z roszczeniami trenerów.
 
Nieważne jak, ale się wydało
Adwokat i oskarżony odwoływali się do zeznań trenerów, którzy przyznali, że pieniądze ze składek pobierali od rodziców, pokrywając w ten sposób swoje wynagrodzenia. Jednym z nich jest trener Mielczarczyk. - Ale nie są one związane z kwestionowanymi umowami – odpowiedział Marcin Chodkowski. - Te umowy dotyczą drugiej drużyny seniorów, a seniorzy nie płacą składek. Składki płacili rodzice rocznika 2002 od sierpnia do grudnia 2017 i za ten okres, za trenowanie tej drużyny trener nie ma roszczeń i rachunek nie jest kwestionowany. Więc ja nie widzę sprzeczności. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku trenera Zacharskiego. Pobierał składki, ale kwestionowany rachunek nie dotyczy tego okresu i tej drużyny. Poza tym składaki pobierane przez trenerów, oczywiście, zostały odliczone od zadłużenia, które ma wobec nich klub.
Podczas przesłuchania Pawła Zacharskiego, który również stawił się w sądzie w czwartek, oskarżony dociekał, dlaczego jako jedyny trener nie oddawał klubowi list rodziców wpłacających składki. - Bo nie miałem takiej dyspozycji od prezesa - tłumaczył.
Marcin Chodkowski przekonywał również, że nieewidencjonowanie składek wpłacanych przez rodziców gotówką trenerom było błędem: - Na koniec roku 2017 stan kasy wynosił 70 tys. zł, a rzeczywisty stan gotówki był 0. Gdyby te składki były zewidencjonowane, stan kasy wynosiłby 100 tys. zł.
Adwokat dociekał również, w jaki sposób powstały oświadczenia, w których trenerzy, zanim sprawa trafiła do prokuratury, podawali, że podpisy na przedstawionych im rachunkach nie należą do nich. Odpowiadając na pytania, Marcin Chodkowski wyjaśniał, że wzór oświadczeń został przygotowany wspólnie przez niego, zarząd klubu i księgową: - Osoba przychodziła do klubu, pokazywano jej wątpliwe rachunki i ta wypowiadała się, czy to jej podpis i jaka kwota była jej wypłacona. Ale roszczenia trenerów są dalej idące niż kwoty w oświadczeniach. 
Adwokat przyznał, że chciałby ustalić, w jaki sposób doszło do podpisania oświadczeń, kto do kogo przychodził. - To nie dotyczy zarzutów. Poza sporem jest, jak to się wydało. Czy panowie są skłóceni, czy trener miał złość, to sprawa drugorzędna - uznał jednak sędzia.
 
Zaufałem Darkowi i podpisywałem
Marcin Chodkowski podkreślił, że Dariusz Andrzejewski był jedyną osobą, która faktycznie zarządzała klubem i brała na siebie odpowiedzialność: - Pan prezes rzeczywiście w klubie pracował i to nie mało, to trzeba mu przyznać. Jednoosobowo ciągnął ten wózek. Wszelki obrót gotówkowy odbywał się wyłączenie przez pana Andrzejewskiego. Wszelkie środki, które wpływały na rachunek, były w gotówce wypłacane kartą bankomatową i wszystkie zobowiązania były regulowane w gotówce.
Odpowiedzialność ponosi Dariusz Andrzejewski, choć zawieranie umów o dotację czy z trenerami, wymagało podpisu pełnej reprezentacji, czyli także wiceprezesa. W czwartek w charakterze świadka przed sądem stawił się również ówczesny wiceprezes Zbigniew Fijałkowski. - Odnośnie finansów nie wiem nic, nie miałem dostępu do konta - zeznawał. Nic nie wie także na temat podrabiania podpisów, zajęć komorniczych, a o zadłużeniu wobec trenerów dowiedział się dopiero na walnym zebraniu i z doniesień prasowych. Przyznał również, że dokumentów przed podpisaniem nie czytał: - Ufałem Darkowi Andrzejewskiemu, że są rzetelne. Nie miałem żadnego wpływu na zatrudnienie trenerów, nie byłem obecny przy zawieraniu z nimi umów.
- Jak zawierane były umowy z trenerami, skoro wymagane były dwa podpisy? Podpisywał pan? - dociekał adwokat.
- Nie wiem. Podpisywałem dotacje od miasta, bo potrzebne były dwa podpisy. Zaufałem Darkowi i podpisywałem te papiery. Nie wiem, czy podpisywałem umowy z trenerami, nie przypominam sobie. W klubie nikt nie chciał być w zarządzie. Zostałem poproszony, zgodziłem się, zostałem wiceprezesem, ale nie pełniłem żadnych kierowniczych funkcji. To praca społeczna, nie pobieraliśmy żadnego wynagrodzenia. Ja nie miałem czasu w tygodniu, starałem się pomagać przy meczach.
Podczas czwartkowej rozprawy Marcin Chodkowski podkreślił również, że w miażdżącej większości zadania, na które dotacja została pobrana, zostały wykonane. - Zajęcia się odbywały. Natomiast środki, które wpływały z gminy, żeby za nie zapłacić, nie zostały zapłacone. Do dziś spłacamy w ratach zaległości z tego okresu.
W sprawie przesłuchani zostali już wszyscy świadkowie. Wkrótce można się więc spodziewać wyroku.
MajsterPlus728x240
Komentuj, logując się przez Facebooka, Google+, Twittera, Disqus LUB pisz jako gość