Mieszkańcy bloku przy ul. Prostej uskarżają się na fetor i robactwo wydobywające się z jednego z mieszkań. Alarmują służby, ale żadnych efektów nie widać. - Jeden na drugiego zwala. Koło się kręci i nic nie robią. I końca nie widać - mówią rozczarowani.
Mieszkańcy zaalarmowali media, gdyż na czwartek, 16 lipca, zaplanowana była kolejna już próba wejścia do stwarzającego zagrożenie lokalu. Pojawili się pracownicy Ośrodka Pomocy Społecznej, Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, Spółdzielni Mieszkaniowej „Przyszłość” i mieszkańcy, którzy liczyli, że tym razem instytucje zaprowadzą porządek. Do mieszkania pukano, walono, ale nikt nie otworzył. I nie była to pierwsza próba. Pracownicom OPS i spółdzielni udało się znaleźć lokatora niedaleko osiedla, ale odmówił przyjścia i otworzenia mieszkania. Nie pierwszy już raz.
Jeden na drugiego zwala
- Tłumaczy, że zgubił klucze, że nie może wejść do mieszkania przez drzwi, bo zgubił klucz - opowiada jeden z sąsiadów.
- Jak to mieszkanie jest tak zagnojone, jest fetor, robactwo, które nas atakuje, to powinna być możliwość wejść siłowo, żeby przeciwdziałać. Zagrożenie chorobotwórcze z tego mieszkania jest i atakuje nas tu najbliżej mieszkających - mówią sąsiedzi rozczarowani brakiem skutecznych działań służb i instytucji.
- Piszę wszędzie: na policję, do spółdzielni, burmistrza. Burmistrz mi odpisuje, że będzie się sprawie przyglądał.
- Latem jeszcze jest do przeżycia, bo są drzwi otwarte, ale zimą? Jest tragedia.
- Najgorsze jest to robactwo. Ja tu mieszkam 10 lat i od 10 lat to trwa. I tak na 4 piętrze mam najmniej, ale wczoraj też ubiłam jednego. Cały czas pryskam.
- Każdy talerz, który wyjmuję z szafki, myję jeszcze raz, żeby nałożyć jedzenie. Wszystko pochowane w słoikach, nic nie może stać.
- Na kratkach wentylacyjnych rajstopy pozakładane, żeby nic nie przelazło.
- Ja mieszkanie muszę odrobaczać raz na kwartał. To kosztuje 500 zł.
- Byłam w spółdzielni, w OPS, pismo do sanepidu pisałam i nic. Jeden na drugiego zwala. Koło się kręci i nic nie robią. I końca nie widać.
- Z każdej instytucji dostajemy pisma, że rozumieją i przekazują sprawę spółdzielni.
- Może trzeba im dwa karaluchy zanieść w słoiczku na rozmnożenie. Wtedy zobaczą, jaką to jest.
Nie mamy prawa wtargnąć do tego mieszkania
Sąsiadom trudno zrozumieć, dlaczego ani spółdzielnia, ani sanepid, ani OPS nie potrafią im pomóc. Przedstawiciele różnych instytucji próbują rozmawiać z kłopotliwym lokatorem, namawiają, żeby pozwolił mieszkanie uprzątnąć, ale kończy się na jego odmowie. Dlaczego nie można go w żaden sposób do tego zmusić? Zwłaszcza, że nie jest w tym mieszkaniu zameldowany. Sytuacja, pod względem prawnym, jest rzeczywiście skomplikowana. Kłopoty zaczęły się, kiedy jeszcze żył właściciel mieszkania. Z uwagi na znaczne zadłużenie, spółdzielni udało się uzyskać wyrok eksmisyjny, ale mężczyzna zmarł przed jego wykonaniem. W mieszkaniu nikt więcej nie był zameldowany, w związku z czym spółdzielnia od razu rozpoczęła postępowanie spadkowe, żeby ustalić, kto jest w ogóle stroną w sprawie i ma prawa do mieszkania. Syn właściciela, obecny kłopotliwy lokator, nie odbiera jednak żadnej korespondencji, na co zwraca uwagę nie tylko spółdzielnia, ale też przedstawiciele służb. Żeby wystąpić o jednorazowe wejście do lokalu, trzeba wiedzieć, kto jest jego właścicielem.
- Były już wizje z udziałem policji, mieliśmy nadzieję, że dziś też będzie - mówi prezes Spółdzielni Mieszkaniowej „Przyszłość” Mirosław Marszał. - Obiecaliśmy mieszkańcom, że chociaż drzwi uszczelnimy, ale ktoś je najpierw musi otworzyć. Pracownicy spółdzielni chodzą tam codziennie.
- Nie mamy prawa wtargnąć do tego mieszkania - podkreśla dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej Beata Kiliańczyk-Szawłowska. - W porozumieniu z OPS i SM „Przyszłość” wyznaczyliśmy ten dzień na kolejną próbę wejścia do tego mieszkania.
Zgodnie z przepisami, sanepid podjął próbę powiadomienia mieszkańca o wizycie, ale korespondencja nie została odebrana. Jeden z sąsiadów wywiesił jednak taką informację na klatce schodowej, osobiście powiedział też o tym mężczyźnie zajmującemu mieszkanie.
- Pan nie udostępnił lokalu. Nie mamy możliwości, żeby w sposób zaoczny stwierdzić, jaka w mieszkaniu panuje sytuacja - dodaje dyrektor PSSE. Wystarczy jednak stanąć przy oknach, by poczuć i zajrzeć przez nie, by zobaczyć. Zdaniem sanepidu byłoby to jednak złamanie prawa.
Pracownicy stacji skontrolowali więc części wspólne w bloku. - Na klatkach schodowych nie stwierdzili robactwa - relacjonuje dyrektor PSEE. - Nie ma prawnych narzędzi, żeby podjąć jakąś nadrzędną decyzję i wejść do tego mieszkania. Ktoś musi po prostu otworzyć drzwi. Rozumiem tych państwa i jest mi przykro, że muszę w ten sposób odpowiadać. Sytuacja jest niemal patowa.
Pracownicy OPS kilkukrotnie rozmawiali już z panem zajmującym mieszkanie, ale o tym, czy korzysta z oferowanego wsparcia mówić nie mogą. Wiadomo jednak, że na pomoc dana osoba musi się najpierw zgodzić.
Z drugiej strony OPS ma narzędzia do działania w tak skrajnych przypadkach, jak ten. Występuje do sądu o stwierdzenie, czy człowiek jest w stanie samodzielnie zabezpieczyć swoje podstawowe potrzeby życiowe, czy wymaga stałego wsparcia instytucjonalnego. Sąd może zdecydować o zabezpieczeniu dobra tej osoby. Decyzja taka nie jest jednak podejmowana w trybie natychmiastowym, choćby ze względu na konieczność powołania biegłego.



