15 sierpnia, jak zawsze w Rybienku Leśnym, Wyszkowianie oddali hołd Polakom, którzy w 1920 r. stanęli w obronie niepodległej Polski. W tym roku głos oddano potomkom mieszkańców naszego terenu, którzy walczyli w legionach marszałka Piłsudskiego.
Uroczystości rozpoczęła Msza św. w kościele Matki Bożej Królowej Polski w Rybienku Leśnym. Następnie uczestnicy święta, w tym liczne poczty sztandarowe, przeszli przed pomnik znajdujący się w miejscu okrutnego mordu. Napis na pomniku informuje: Tu zostali zamordowani w dniu 17 sierpnia 1920 roku przez czerezwyczajkę bolszewicką śp. Antoni Wołowski ppor. wojsk polskich i sześciu nieznanych. Cześć ich pamięci.
W rocznicę Bitwy Warszawskiej w sposób szczególny wspominamy też proboszcza parafii św. Idziego Wiktora Mieczkowskiego i wydarzenia, które w sierpniu 1920 r. miały miejsce na wyszkowskiej plebanii.
- Ale bohaterstwo ma wiele twarzy. Są w historii chwile, kiedy wszystko zależy od jednej decyzji. Od jednego człowieka, który musi odpowiedzieć sobie na pytanie: czekać na rozkaz czy działać? - mówił regionalista Biblioteki Miejskiej Michał Depta, przypominając postać kpt. Mikołaja Bołtucia, byłego carskiego oficera, który tuż po odzyskaniu niepodległości wstąpił do odradzającej się polskiej armii. Był dowódcą 31. Pułku Strzelców Kaniowskich – prowadził go w walkach odwrotowych i Bitwie Warszawskiej. Podczas polskiej kontrofensywy, 18 sierpnia, pułk zdobył Wyszków. Nie było to jednak tak oczywiste, bo kpt. Bołtuć zignorował tym samym rozkaz wstrzymania marszu.
- Każda zwłoka w wyzwoleniu miasta to potencjalne kolejne ofiary terroru. Nie bez znaczenia był również fakt, że Wyszków stanowił bardzo ważne miejsce strategiczne dla obu stron. Ale ryzyko było duże – wyjaśnił Michał Depta. - Żołnierze kpt. Bołtucia znajdowali się kilkadziesiąt kilometrów od swojej dywizji i nie mogli liczyć na szybką pomoc. Przy pomocy por. Ludwika Cziby i jego dywizjonu artylerii polowej, Strzelcy Kaniowscy w brawurowy sposób odbili miasto, doprowadzając w efekcie do szybkiego wycofania się atakujących w rejonie Pułtuska sowietów. Historia kpt. Bołtucia pokazuje nam, że w chwilach próby o losach ludzi nie decydują rozkazy czy strategiczne kalkulacje. Czasem decyduje o nich ryzyko podjęte przez jednego człowieka w poczuciu ogromnej odpowiedzialności.
Śnił o wolnym kraju
Z kolei wyszkowscy piłsudczycy głos oddali potomkom mieszkańców naszego terenu, którzy walczyli w legionach marszałka Piłsudskiego.
O swoim ojcu, Janie Kowalczyku, opowiedziała Barbara Piotrowicz. Urodził się i zmarł w Rząśniku, w wieku 84 lat: - Będąc młodym, 17-letnim chłopakiem, czując obowiązek obrony ojczyzny, zgłosił się jako ochotnik do wojska, wówczas Legionów Polskich pod dowództwem marszałka Józefa Piłsudskiego. Przeszedł szlak bojowy w latach 1918 – 1920. Walczył na terenach obecnej Ukrainy. Często o tym opowiadał. W 1920 r. został postrzelony, a odniesione rany spowodowały, że nie mógł wędrować dalej i uczestniczyć w działaniach wojennych pod Radzyminem.
Pamiątek rodzinnych z czasów żołnierskich nie zachowało się wiele. - Może ważniejsze od medali i artefaktów było to, że wychowałam się w domu o tradycjach patriotycznych, gdyż mój ojciec nie tylko opowiadał o swoich przeżyciach, ale uwielbiał też śpiewać pieśni legionowe. Myślę, że wielokrotnie o takim wolnym kraju śnił. Pasjonowała go historia Polski, sam nauczył się czytać i godzinami pochłaniał lektury. Opowiadał i śpiewał też moim dzieciom, a swoim wnukom, obecnym również tutaj, o tej pięknej historii, ale też o geografii Polski i świata. Każde wspomnienia jego wojennych przeżyć powodowało, że był bardzo wzruszony.
W 1949 r. pan Jan został skazany na 5 lat ciężkiego więzienia w kamieniołomach w Strzelcach Opolskich: - Było to związane z działaniami żołnierzy wyklętych w okolicach Rząśnika, którzy szukali schronienia i pomocy u niektórych mieszkańców. Oskarżono go, że nie doniósł o tym fakcie do odpowiednich organów. W czasie przesłuchania przyznał się, pewnie był zmuszony, że i w naszym domu czasem przebywali żołnierze walczącego podziemia. Z więzienia mój ojciec wrócił, kiedy miałam 5 lat. Właściwie dopiero wtedy go poznałam.
Schwytany podczas walk o Wyszków
Postać plut. Jana Bolesława Pomaskiego z Wólki Somiankowskiej przybliżył Mirosław Ogrodnik. Do wojska wstąpił na ochotnika i został przydzielony do Strzelców Kowieńskich. - Brał udział w wielu ciężkich walkach na froncie. Był świadkiem i uczestnikiem ciężkich walk z bolszewickim najeźdźcą. Podczas walk o Wyszków został schwytany i osadzony w bolszewickim areszcie przy wyszkowskiej plebanii. Wiedząc, że następnego dnia wraz z innymi jeńcami zostanie poprowadzony w stronę Ostrowi Maz., poprosił kościelnego o przekazanie wiadomości jego ojcu – opowiadał pan Mirosław. - Julian Pomaski natychmiast ruszył furmanką, by zobaczyć się z synem. Ich ostatnie spotkanie odbyło się przez kraty okienne. Ojciec pożegnał się z Janem przekonany, że widzi go po raz ostatni. Los jednak okazał się inny. Janowi, wraz z dwoma towarzyszami, udało się zbiec i powrócić do swojego pułku. 25 sierpnia 1920 r. w miejscowości Leman koło Kolna Jan Bolesław Pomaski, wraz z 44 towarzyszami broni, poniósł śmierć z rąk kozaków. Nie była to jednak śmierć daremna. Zginęli bohatersko, dając swoim towarzyszom czas na bezpieczne wycofanie się. Dzięki ich poświęceniu część żołnierzy mogła ocalić życie, wycofać się i dalej walczyć z najeźdźcą. Dziś, po 106 latach, możemy wreszcie wypowiedzieć jego imię głośno i przypomnieć jego historię.
Wiersze lokalnego poety
Uczestnicy uroczystości wysłuchali również poezji patriotycznej autorstwa lokalnego poety Mieczysława Joniuka. Wiersze recytowały radna gminy Wyszków Lidia Błachnio i Jadwiga Dudek z Domu Dziennego Pobytu „Senior”.


