historia Ziemi Wyszkowskiej

Marian Strzelecki – skromny człowiek z bohaterską przeszłością

14.06.2016
komentarze: 3
autor: Elżbieta Szczuka
Człowiek kulturalny, z poczuciem humoru, dyskretny, odpowiedzialny, kochający życie, wielki patriota. W czasie wojny należał do Armii Krajowej, od 1943 r. był oficerem-płatnikiem w Obwodzie „Opocznik”. Zachowując zimną krew w sierpniu 1944 r., uchronił wieś Brzeźno gm. Goworowo przed likwidacją. Nie został uhonorowany Orderem Virtuti Militari, ponieważ Egzekutywa Komitetu Powiatowego PZPR w Wyszkowie nie znalazła podstaw, by pozytywnie zaopiniować wniosek odznaczeniowy. Mieszkańcy Wyszkowa pamiętają Mariana Strzeleckiego  jako kierownika kina „Wschód” i instruktora nauki jazdy. Tylko najstarsi znają jego bohaterską przeszłość z czasów II wojny światowej, wiedzą też o jego pobycie w obozie w Borowiczach. Nigdy nie przeszedł obojętnie obok ręki wyciągniętej po pomoc. 8 grudnia minęła 100. rocznica jego urodzin.
Marian Strzelecki, syn Leopolda (hutnik, mistrz szklarski, miał 2 udziały w wyszkowskiej hucie szkła) i Michaliny Eugenii ze Skowrońskich, urodził się 8 grudnia 1911 r. w Wyszkowie (Wyszków był wówczas pod zaborem rosyjskim, czas był mierzony wg kalendarza juliańskiego, dlatego w akcie urodzenia zapisano 25 listopada 1911 r.). Był czwartym dzieckiem państwa Strzeleckich, na świecie była już Walentyna, Lucyna i Henryka – urodzone w Warszawie. Miałby też starszych braci, ale zmarli we wczesnym dzieciństwie. Chrztu udzielił mu ks. Józef Pianko, rodzicami chrzestnymi byli Franciszek Domański (współwłaściciel huty szkła) i Karolina Mioduchowska.
Mały Marian był chorowitym dzieckiem, dlatego do szkoły poszedł nieco później. Ale miał w sobie wielką wolę życia, więc w szkole uprawiał już wszystkie możliwe dziedziny sportu (ten czas można nazwać erą sportów cielesnych). W Wyszkowie ukończył szkołę podstawową, gimnazjum, zdał maturę. Nie tylko sport go pasjonował, uczył się też grać na pianinie i na skrzypcach. Należał do harcerstwa. Bardzo poważnie traktował Przyrzeczenia Harcerskie i dlatego przez całe życie przestrzegał 10. punktu: Harcerz jest czysty w myśli, mowie i uczynkach, nie pali tytoniu, nie pije napojów alkoholowych. Wyszkowscy harcerze pomagali potrzebującym, utrzymywali dwie biedne rodziny. Prowadzili sklepik, sprzedawali bułki, a zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczali na obozy i cele charytatywne. Organizowali zawody sportowe, łucznicze (brali np. udział w konkursie łuczniczym na Cytadeli), chodzili na podchody do Kamieńczyka. W latach 30. XX w. z jakiejś okazji trzymali wartę pod Belwederem – długo potem pamiętali, jak  podszedł prezydent Mościcki i uścisnął im ręce.
Jego wielką miłością było morze. Był nim zafascynowany, jak wielu Polaków w tamtym czasie. W lipcu 1931 r. wraz z kolegami – druhami z I Wyszkowskiej Drużyny Harcerskiej: Ryszardem Jawor-skim, Witoldem Domańskim, Marianem Janczurem, Tadeuszem Komarem, Jerzym Dullem i Stefanem Mioduchowskim - popłynęli otwartą łodzią z Wyszkowa (Bugiem, Bugo-Narwią i Wisłą) do Gdańska. Dopłynęli do Tczewa - na tamtym odcinku Wisły pływały już duże statki, robiły fale i była obawa, że ich łódka mogłaby się wywrócić.
Czuli, że wielkość Polski zależy przede wszystkim od wielkości dostępu do morza, czuli, że „miasto Gdańsk, niegdyś nasze, znowu będzie nasze”. I w duszach młodych harcerzy, obok postanowienia bronienia polskiego morza, zrodziło się jeszcze jedno postanowienie: pracy na wszystkich polach życia współczesnego, pracy, która by pozwoliła nie tylko dorównać, ale i przezwyciężać naszych zachodnich sąsiadów, pracy wytrwałej, bo tylko tak pojęta praca pozwoli nam upomnieć się o stare piastowskie ziemie i ona tylko zrodzi CZYN.  – tak patetycznie, ale i szczerze, w jednodniówce harcerskiej, wydanej w czerwcu 1932 r. z okazji święta harcerskiego drużyn gimnazjalnych wyszkowskich, wyraził uczucia młodych podróżników jeden z nich, Witold Domański. 
- Bugiem i Wisłą dopłynęli do Tczewa – opowiada Irena Strzelecka. - Pojechali potem do: Gdyni, Gdańska, Orłowa na Hel. Tata wspominał, że wtedy w Gdyni była tylko ulica 10 Lutego i stały pierwsze domy. Płynęli na tej zasadzie, że zatrzymywali się i szli do księdza, i ksiądz ich – harcerzy, przyjmował.
Kochał też kino. Jako mały chłopiec oglądał filmy w wyszkowskim kinie, wielką radość sprawiały mu oczywiście  filmy o morzu. Pomyślał wtedy, że chciałby to kino kupić albo w nim pracować. Po latach opowiadał, że to marzenie się spełniło.
Wychował się w wielokulturowości i bardzo to cenił. W gimnazjum przyjaźnił się z Polakami i Żydami, wśród jego kolegów byli też Tatar i Rosjanie. Znał język niemiecki, łacinę, potrafił porozumieć się po rosyjsku, francusku i angielsku, interesował się nowoczesną techniką. Był członkiem Towarzystwa Przyjaźni Polsko – Indyjskiej.
Do służby wojskowej nie został powołany z powodu stanu zdrowia. Stawał przed komisją wojskową, ale miał niedowagę. Był wysportowany, ale za chudy.
Po maturze Marian Strzelecki odbył praktykę w urzędzie teletechnicznym w Tarnopolu, później był urzędnikiem u notariusza w Wyszkowie, krótko urzędnikiem ubezpieczeń społecznych w Ciechanowie, ostatecznie zatrudnił się w fabryce metalowej Norblina w Warszawie. W Warszawie mieszkał u starszych sióstr. Rozpoczął studia w szkole Wawelberga, ale przerwała je wojna. W pierwszych dniach września 1939 r. fabryka Norblina została częściowo zniszczona, część surowców i maszyn wywieziono do Niemiec.
 
Okupacja niemiecka
Wojna zastała Mariana Strzeleckiego w Warszawie – pracował jako urzędnik w fabryce metalowej „Norblin” Bracia Busch i T. Werner.  Wstąpił do konspiracji, został zaprzysiężony w Warszawie w grudniu 1939 roku.  Przyjął pseudonim „Morski”. Kiedy stanęła fabryka Norblina, zajmował się pracami dorywczymi, m.in. szklił okna. Potem wrócił do Wyszkowa. W latach 1941 – 42 wspólnie z Eugeniuszem Kurem redagował gazetkę podziemną „Wiadomości”, którą odbijano na powielaczu w domu Zawadzkich przy ul. Białostockiej. Od 1942 r. był związany z Ośrodkiem Wyszków, ukończył szkołę podchorążych AK. W połowie 1943 r. został przeniesiony do obwodu Ostrów Mazowiecka, został tam oficerem-płatnikiem, osobą wielkiego zaufania. Do jego zadań należały m.in. wypłaty pieniężne na wydatki dla osób pełniących w obwodzie określone funkcje i nie mogących w związku z tym podjąć pracy zarobkowej, wypłaty na wydatki rzeczowe związane z działalnością obwodu.
- Otrzymywał m.in. pieniądze z Londynu i wypłacał, płacił za wszystko – zaznacza Irena Strzelecka. - Państwo podziemne utrzymywało wielu wybitnych ludzi, inżynierów, naukowców, którzy ukrywali się w różnych miejscach. Tworzyli koncepcję odrodzonego państwa. Przemyśliwali, kreślili mosty, fabryki itp. Nie mieli z czego żyć i Państwo Podziemne wypłacało im pensje. 
Miał dużo szczęścia, udawało mu się wyjść z wielu, zdawało się, beznadziejnych sytuacji. Jedna z nich zdarzyła się w końcu sierpnia 1944 r. we wsi Brzeźno, pow. ostrołęcki. W latach 1969 – 70 opisały ją  „Trybuna Mazowiecka” i „Ekspress Wieczorny”, ponieważ mieszkańcy tej wsi poszukiwali bohatera, który ich uratował (szeroko na ten temat napisał Marian Tabin w opracowaniu nt. ruchu oporu w rejonie wyszkowskim w latach 1939-1944). 
22 sierpnia 1944 r. kapral podchorąży „Morski” otrzymał od Komendanta Obwodu „Opocznik” rozkaz rozpoznania sytuacji w Brzeźnie, gdzie zakwaterowało się kilkuset żołnierzy z oddziału Wehrmachtu i oddziałów posiłkowych tzw. własowców. Marian Strzelecki miał spróbować ukryć przechowywaną we wsi broń i wyprowadzić ukrywanego przez mieszkańców wsi dezertera z Wehrmachtu (Ślązaka). Dzień później Niemcy rozpoczęli szczegółową rewizję zabudowań. Gdyby znaleziono broń i dezertera, wieś byłaby wymordowana i spalona. „Morskiemu” udało przedrzeć się przez kordon niemieckiej straży i wejść do wsi. Teraz powinien z niej wyjść, i to nie sam, ale z niemieckim dezerterem. Wymyślił, jak to zrobić i pomysł ten skutecznie zrealizował. Od gospodarza Czesława Dziełaka ps. Cygan, u którego ukrywał się dezerter, wziął najchudszą krowę, założył jej postronek, a przez grzbiet przerzucił worki - z bronią i z tajnymi niemieckimi dokumentami, dostarczonymi przez dezertera. Strzelecki przebrany za pastucha trzymał krowę za pysk, a dezerter, ubrany w niemiecki mundur, szedł za nim jako konwojent. Setki żołnierzy niemieckich widziały tę trójkę, a także struchlali mieszkańcy wsi, bo przeszła ona przez cała wieś i dalej, w sumie 12 kilometrów. A rewizja wsi zakończyła się szczęśliwie, bo broni i dokumentów już tam nie było, a ukrytego radia nie znaleziono.
Świadkowie uważali, że za ten niezwykły czyn Maria Strzelecki zasługuje na najwyższe odznaczenie wojenne – Order Virtuti Militari. Poparł ten wniosek sekretarz POP w Brzeźnie, ale Egzekutywa Komitetu Powiatowego PZPR w Wyszkowie nie znalazła podstaw, by pozytywnie ten wniosek rozpatrzyć.
Marian Strzelecki brał też udział w bitwie pod Pecynką, największą i najtragiczniejszą w skutkach bitwą oddziałów Armii Krajowej w ramach akcji „Burza”. W wielogodzinnym boju, podczas którego partyzanci z oddziału ppr. Alfreda Wieczorka „Tatara” chcieli wyjść z okrążenia niemieckiego, zginęło ponad 60 partyzantów, wielu zostało rannych. W odwecie za poniesione straty Niemcy w okolicznych wsiach: Małaszku, Plewkach i Lipniaku Majoracie, wymordowali ok. pół tysiąca osób
- O Pecynce mówił, że to było straszne – wspomina córka Irena Strzelecka. - W oddziale był radiotelegrafista, który kontaktował się z Rosjanami. Polacy mieli uderzyć na Niemców, a Rosjanie mieli im pomóc. A kiedy Polacy uderzyli, to Rosjanie, zamiast im pomóc, uderzyli na nich. To była straszliwa jatka. Tata bardzo to przeżył. Corocznie, w rocznicę bitwy lub w pierwszą niedzielę września, jeździł zawsze pod Pecynkę. Teraz są tam wielkie uroczystości, wtedy rozkładali koce przy pomniku, rozmawiali. Miejscowi zapraszali do domów, gościli ich, rozmawiali. To było spotkanie towarzyszy broni, stawali na zbiórce w dwuszeregu. Do siebie mówili pseudonimami.
- Opowiadał, że jak z partyzantki wrócił do domu, był brudny, zawszony, wygłodzony – przypomina sobie Wanda Ponikiewska, która z Marianem Strzeleckim pracowała  w kinie „Wschód”. - Matczysko myło go w michach , bo nie było wtedy bieżącej wody. Ale nie miał spokoju. W budynku przy Daszyńskiego 1 był Urząd Bezpieczeństwa i tam wybili mu jeszcze te zęby, które zostały.

Matka
Ogromny wpływ na postawę Mariana Strzeleckiego, jako człowieka i jako patrioty, miała jego matka.
- Pamiętam, jak na krótko przed II wojną światową jego matka sporadycznie „zagadywała” i gromadziła przed sobą moich kolegów – sztubaków, w tym i mnie, wskazywała nam na nasze obowiązki wobec ojczyzny i wpajała określone zasady patriotyczne, umotywowane politycznie – wspomina Jerzy Zawadzki ps. Konrad. – Pan Strzelecki, jej syn, wielki patriota, również głęboko był umotywowany swoim światopoglądem. Ale nie narzucał go nikomu, lecz bronił, będąc głęboko przekonany, że jest on najwłaściwszym rozwiązaniem w danej chwili dla wszystkich i naszej ojczyzny. Rosjanie po „wyzwoleniu nas” od naszej woli internowali go w obozie w Borowiczach i przez 2 lata trzymali go, by wyzbył się swoich mrzonek o suwerennej ojczyźnie. 
Obóz dla internowanych w Gulczewie
 - To był wrzesień 1944 r. Po mojego tatę przyszedł znajomy. Powiedział, że w prezydium jest do napisania jakieś pismo. To były takie czasy, że nie każdy umiał pisać i kiedy trzeba było coś napisać, można się było zwrócić do jakiejś osoby. I tata w dobrej wierze ubrał się w cienki płaszczyk i poszedł. Doszedł i od razu został aresztowany przez NKWD. To była zasadzka – opowiada jego córka, Irena Strzelecka.
Jednym z powodów aresztowań i wywózek byłych żołnierzy AK i BCh w głąb Rosji było wyeliminowanie ewentualnych przeciwników politycznych.
Marian Strzelecki najpierw został wywieziony do pobliskiego Gulczewa, gdzie znajdował się  (przy obecnej ul. Szkolnej) obóz dla internowanych. 
- Teren obozowy o powierzchni mniejszej niż 1 hektar usytuowany był tuż przy wiejskiej drodze, na skraju niewielkiego lasu, był ogrodzony drutem kolczastym – tak opisuje obóz Józef Kędzior, wówczas jeszcze dziecko, którego rodzice mieli dom po drugiej stronie drogi. – Więźniowie byli przetrzymywani w ziemlankach, wykopanych w piaszczystej ziemi. Ściany ziemlanek wyłożone były drągami z olchy. 
Jeszcze 4 listopada Marian Strzelecki zdołał wysłać z Gulczewa gryps do mamy, prosił, by się o niego nie martwiła. 
 
Obóz Borowicze
Więźniów (bez wyroku) przewieziono następnie do obozu przesyłowego NKWD w Sokołowie Podlaskim i dalej do Rosji, do zespołu obozów Borowicze (między Moskwą i Leningradem, obwód nowogrodzki). Składał się on z pięciu podobozów: Borowicze, Jogła, Szybotowo, Ust’je i Opoczno. Z Wyszkowa byli z nim m.in. Edward Bala, Zbigniew Bielawski, Stefan Babski. 
W obozie przebywali nie tylko internowani Polacy, ale też jeńcy wojenni, m.in. Niemcy, Węgrzy, Austriacy, Estończycy, Koreańczycy.
Jeńców i internowanych obowiązywał nakaz pracy – czytamy w wydanym przez Ośrodek KARTA tomie „Uwięzieni w Borowiczach”. – Wyczerpująca praca, niedożywienie, brak ciepłej odzieży, fatalne warunki sanitarne w obozie nr 270 były przyczyną wielkiej umieralności jeńców i internowanych w 1945 roku (roczny wskaźnik umieralności11,5%). W 1945 roku najpowszechniejszą przyczyną zgonów była dystrofia (nieodwracalne wycieńczenie organizmu), w dalszej kolejności - zapalenie płuc, dyzenteria (czerwonka), gruźlica płuc, zapalenie jelit. W latach następnych śmiertelność wyraźnie się zmniejszyła.  
Wiele osób chorowało też na „kurzą ślepotę (ślepota zmierzchowa), z powodu złych warunków sanitarnych szerzyła się łuszczyca i wszawica.
- Głód był przeraźliwy – przypomina opowieści ojca Irena Strzelecka. - Jak więźniowie szli przez miasto, to widać było, że mieszkańcy, równie biedni, mieli dla nich współczucie. Ale dla konwojentów pobić, skatować czy zabić więźnia, to nie był żaden problem. Postawy więźniów były różne – jedni modlili się, że aż dach się unosił, inni klęli. Tata zaobserwował, że jeśli ktoś był dobrze zbudowany, w normalnym świecie mógłby być herosem, to w obozie szybko się wykańczał.  Ludzie umierali jak muchy. Ich mężem opatrznościowym był lekarz, który leczył ich tym, co miał. Po wojnie wspominali go jak wybawiciela.
- Pan Strzelecki opowiadał, że jedli i koty, i psy. Gotowali obierki. Jak dostali wodę, to patrzyli, czy jest tam choć jeszcze kilka obierek – przypomina Jolanta Tarasiuk, pracująca z Marianem Strzeleckim w kinie „Wschód”.
 
Obozowa Wigilia 
W tych nieludzkich warunkach trudno było świętować Boże Narodzenie. W pierwszą obozową Wigilię, kiedy wracali z pracy. zebrali po drodze kilka gałązek - drobnych, żeby dało się ukryć za pazuchą, i przynieśli do baraku. Poświęcili – co było z ich strony ogromnym wyrzeczeniem – małego buraczka, którego pokroili na cienkie plasterki i udekorowali nim świąteczne drzewko. Kiedy zrobiło się ciemno, słychać było, że Niemcy (wielu z nich było w obozie strażnikami) zaczęli śpiewać kolędy, oni również cicho zaśpiewali. I wtedy do ich baraku wpadli Rosjanie; najgorszym przewinieniem według nich było zmarnowanie buraka. Kto to zrobił?!!- wrzeszczeli
Wydało się, że wyszkowiacy. Rosjanie wzięli kilku z nich, także Mariana Strzeleckiego, kazali rozebrać się do bielizny i wrzucili do ziemlanki. W ostatniej chwili któryś z kolegów, Babski czy Zieliński, wturlał im do karceru swoje wierzchnie okrycie. Przykryli się i dzięki temu przeżyli. 
- To było ze strony tego człowieka wielkie poświęcenie – przypomina słowa ojca Irena Strzelecka – bo on w tym ubraniu wychodził do pracy. A ubrań mieli niewiele, tylko te, w których ich zabrano. W obozie nie szli do pracy dopiero, jak było -40 stopni C, ale czasem strażnicy w takich sytuacjach podnosili słupek rtęci - było -38 st. i musieli iść do pracy.

Aresztowanie
We wrześniu 1944 roku Marian Strzelecki został aresztowany i wywieziony do ZSRR, do zespołu obozów w Borowiczach, obwód nowogródzki. Przeżył tam gehennę.
Obóz był siedliskiem pluskiew, wszy i szczurów. Więźniowie byli ciągle głodni. Z chłodu, głodu i zimna robiły się im straszne ropnie na nogach, wrzody. Racje żywieniowe - ok. 600 gramów chleba, 17 gramów cukru, rano i wieczorem porcja zupy (letnia, wodnista ciecz z odrobiną oleju) - były niewystarczające. Na drugie dostawali kaszę jaglaną albo puree ziemniaczane, grochowe lub z mieszanki kapusty, buraków, marchwi, ziemniaków. Chleb wydawano w bochenkach, więźniowie sami musieli go sprawiedliwie podzielić. Z głodu jadali nawet zmrożone głąby kapusty, pieczone żaby czy odpady, które często były przyczyną krwawej biegunki. 
Jeszcze mniejsze szanse na przeżycie mieli nałogowi palacze (tytoniu nie dostawali), bo jeden „skręt” tytoniu kosztował w obozie 100 - 200 gramów chleba.
 
Na dnie dna
Marian Strzelecki opowiadał córkom pewien epizod. Miał malutką jak palec torebkę, a w niej schowane na czarną godzinę trzy kostki cukru. Jego kolega Edek Bala ze Skuszewa czymś podpadł strażnikom, pobili go, leżał opuchnięty. Pan Strzelecki dał mu ten cukier i powiedział: „Ratuj się”. Po jakimś czasie sam ciężko zachorował, znalazł się w szpitalu. Koledzy zawiadomili Edka.
- Tata mówi: „Edek, ja umieram, nie wrócę”. A on stanął przy tacie i mówi: „Umierasz? To jak masz umierać, to już, jeszcze chwilę postoję, bo muszę wracać do pracy. Ale ja wracam do domu.” I kilka razy tak zdecydowanie to powtórzył i poszedł. „Ja się tak wściekłem” – opowiadał tata – „spłakałem się i myślę – Ty wracasz? To ja też wrócę.” I wyzdrowiał. Po jakimś czasie przyszła tacie refleksja: „Czym on miał mnie ratować? Co miał robić, jak byliśmy na dnie dna? Zastosował manewr psychologiczny.” 
Mimo okrutnych obozowych warunków, nawiązywały się przyjaźnie. Obozowym przyjacielem Mariana Strzeleckiego był Jan Nowicki, rolnik spod Lublina. Miał spryt życiowy i wielką chęć powrotu do kraju, do pięknej żony. Kiedy Marian Strzelecki dostał krwawej dyzenterii, biegunki, jedyną szansą na wyleczenie był węgiel drzewny. I wtedy jego anioł –stróż przypomniał sobie, że przy baraku widział trzonek od szpadla. Upalił go nad ogniskiem i w ten sposób miał węgiel dla chorego kolegi. Karmił go też ugotowanymi igłami sosnowymi.
Borowicze leżą nad Mstą. Jednym z zajęć Polaków było spławianie rzeką drewna, stali przy tym po kolana w wodzie. Przy wyciąganiu mokrych bali na brzeg często dochodziło do okaleczenia rąk i nóg. Ale chyba najcięższy był podobóz Ust’je, gdzie przy wydobywaniu węgla pracowano w błocie, wilgoci, przez 8 godzin, bez przerwy na posiłek. W zimne dni spływająca na ubrania woda zamarzała na plecach jeńców.
- Tata opowiadał, że pracowano bardzo prymitywnymi metodami, brak było specjalistycznego sprzętu. Kopali szyby głębokości 25 – 30 metrów, które były umacniane balami. W kopalni było pełno wody, w zimie ubrania sztywniały od wilgoci i mrozu. Na dole pracowały grupy pięcioosobowe – ci na górze wyciągali ich na powierzchnię dopiero, kiedy uznali, że jest wystarczająco dużo ukopanego węgla. Oni nigdy nie wiedzieli, jak długo będą pracować - przypomina opowieści ojca Irena Strzelecka.
Żeby nie spiskowali, więźniowie byli przerzucani z obozu do obozu. W jednym z podobozów Marian Strzelecki dzielił pryczę ze świetnym fotografikiem Edwardem Hartwigiem.   
 
Powrót do domu
22 stycznia 1946 roku Marian Strzelecki napisał z Borowicz do mamy, że jeszcze żyje i że pewnie wróci do domu. Miesiąc później wyjechał wraz z trzecim transportem więźniów i na początku marca dotarł do Polski.
Wrócił także z obozu Zbigniew Bielawski (kilka miesięcy później postrzelony we własnym domu przez donosiciela), brat Heleny Grądzkiej, która tak opisywała jego powrót: - Jak dojechał z innymi do Polski, to usiadł pod drzewem i powiedział: „Zostawcie mnie, ja dalej nie pojadę, bo nie mam siły”. Wtedy Marian Strzelecki, który miał ukradzione Rosjanom jakieś wzmacniające lekarstwo, dał je bratu. Dzięki temu dojechał do domu.
Wiosną 1996 roku w wywiadzie dla Anny Beaty Bohdziewicz Edward Hartwig wspominał swój powrót z obozu do Białej Podlaskiej: Jak otworzyli te bydlęce wagony, to myśmy wypadli z nich, a ludzie na nasz widok oniemieli i stali jak zamurowani, bez ruchu, jak chochoły. Za gardło każdego coś złapało i nikt nic nie mówił.
Byli więźniowie, wycieńczeni, umierający, z kartkami, że są repatriantami ze Związku Radzieckiego, byli wyrzucani z wagonów. 
- Społeczeństwo Białej Podlaskiej, harcerze, przynosili butelki z ciepłym mlekiem i tym, którzy padali, podawali powoli łyżeczkami ciepłe mleko.  Bo wiedzieli już, że tych ludzi trzeba karmić powoli – dodaje Irena Strzelecka. - Z głodu byli otępiali, trudno kojarzyli, zapominali nawet swoich nazwisk. Tata uczył się od nowa tabliczki mnożenia.
Marian Strzelecki wrócił do Wyszkowa na początku marca 1946 roku. Przyszedł do domu (przy ul. Daszyńskiego, obecnie jest tam ciąg łączący z ulicą Strumykową), zapukał. Mama pyta: „Kto tam?”, a on na to: „Otkrywaj, haziajka!”. Wtedy pani Michalina otworzyła drzwi. 
- To była gehenna. Wrócił jak szkielet. Wrak człowieka, zawszony, zagłodzony, bezzębny. Tragedia. Opowiadał – wspomina Wanda Ponikiewska - że matka myła go i płakała, 17 razy spłukiwała, a te wszy wychodziły i wychodziły.  Po powrocie nie umiał czytać, nie umiał pisać, trudno było mu mówić. Zęby powybijane. Wycieńczony, zmęczony, ale wrócił.
Natomiast Jolanta Tarasiuk zapamiętała z jego opowieści, że ważył nieco ponad 30 kg, a mama bardzo dbała, żeby nie jadł od razu dużo: „Dzisiaj dostaniesz łyżkę zupy, jutro dwie, pojutrze trzy - tłumaczyła . - Bo jeden kolega, jak dorwał się do jedzenia, cały talerz zupy sobie naładował i na drugi dzień umarł.”
 
Dużo zawdzięczał dziadkowi
Kiedy Michalina Strzelecka trochę odkarmiła swego najstarszego syna po jego powrocie z obozu w Borowiczach, ten pojechał do Warszawy, do fabryki Norblina, w której pracował przed wojną.
- Przedwojenna ekipa bardzo się ucieszyła się, że przeżył, mówili, żeby napisał podanie o przyjęcie do pracy. Tata napisał to podanie, ale napisał w nim i to, że był w Rosji. No i kadrowa przyszła zapłakana, że go nie przyjmą – opowiada Irena Strzelecka.
Nie mógł tu dostać pracy, pojechał więc na Ziemie Odzyskane, pod Złotów, został kierownikiem tartaku w Skórce. Otrzymał fałszywe zaświadczenie od repatriantów z Tarnopola (w tym mieście odbywał po maturze praktykę w urzędzie teletechnicznym), że był ich sąsiadem.
Zofia Wojewódzka, jego narzeczona, była na robotach w Niemczech. Kiedy wróciła, pojechała pod Złotów. W Wyszkowie sytuacja powoli się uspokajała, więc w 1947 r..wrócili do rodzinnego miasta. Marian Strzelecki został urzędnikiem planistą w hucie szkła. 
Kierownicy z „ludowego” nadania często dokuczali mu, jako synowi udziałowca huty i akowcowi. I wtedy w obronę wzięli go przedwojenni komuniści: Lonca i Przybysz. Przyszli do huty i powiedzieli, że ręczą za niego, że jest to bardzo dobry człowiek i jeśli szykany się nie skończą, to pójdą wyżej. 
- To byli ludzie z zasadami, jeśli wiedzieli, że komuś dzieje się krzywda, to stawali w jego obronie – mówi córka Alicja Strzelecka.
17 kwietnia 1947 r. Zofia Wojewódzka i Marian Strzelecki wzięli ślub w kościele św. Idziego. Byli pierwszą parą, która ślubowała przed odnowionym ołtarzem głównym.  
Jeszcze przez całe lata 50. Marian Strzelecki odczuwał swoją akowską przeszłość – pracownicy bezpieki przychodzili do jego domu, wywozili do Pułtuska, bili. Ale nie gromadził w sobie nienawiści.
W latach 1951 – 53 pracował w Rejonie Dróg Wodnych, potem był planistą w FSO w Warszawie.
-  Tę historię opowiadał mi mój dziadek, Marian Dziubłowski. Potwierdził ją potem Marian Strzelecki, który często powtarzał, że dużo zawdzięcza dziadkowi, bo nie wiadomo, czy by wyszedł z pułtuskiego więzienia – opowiada Jan Dziubłowski, radny miejski. - To był początek lat 50. Posądzili go o kradzież pieniędzy. Później okazało się, że został w to wrobiony, właściwy sprawca został aresztowany, a pieniądze odzyskano. Ale co on przeżył, jak go bili! Dziadek, przed wojną piłsudczyk, działacz PPS, po wojnie pracował z Marianem w Rejonie Dróg Wodnych - był tam stolarzem, robił łodzie, wiosła. Kiedy za rzekome sprzeniewierzenie pieniędzy UB aresztowało Mariana Strzeleckiego, dziadek przekonywał, że on jest niewinny, że go skrzywdzono, ale nie chcieli go słuchać. I nie wiem, jak to zrobił, ale dostał się do kancelarii Bieruta i załatwił pismo z jego podpisem, żeby Mariana Strzeleckiego zwolnić z więzienia. Pojechał z tym pismem do Pułtuska, już na wstępie został uderzony kolbą przez jakiegoś strażnika. Ale kiedy pokazał pismo z podpisem Bieruta, zobaczył strach w oczach tego człowieka.
W pierwszej połowie lat 50. często przychodzili do domu Mariana Strzeleckiego ubecy, był wywożony do Pułtuska. Córki zapamiętały opowieść, jak został wywieziony do Pułtuska. Okrutnie pobitego, z połamanymi żebrami, wypuszczono w środku nocy. Do Wyszkowa wrócił na piechotę. Wiązał to ze sprawami politycznymi, tak UB mściło się na akowcach.
 
W starym kinie
Od 1956 r. do emerytury w 1978 r. Marian Strzelecki był kierownikiem kina „Wschód”. W 1958 r. w kinie została zatrudniona jako bileterka Wanda Ponikiewska.
- Kino to była strażacka rudera, drewniany barak. Jak wiał wiatr, to wszystko się ruszało. Nie było jeszcze foteli, tylko ławki, pełne widzów. Na środku sali stał piec – koza. To były ciężkie czasy, ale Marian Strzelecki był bardzo dobrym kierownikiem. Podle+galiśmy pod Okręgowy Zarząd Kin w Warszawie przy Senatorskiej 8. Byłam bileterką – przypomina Wanda Ponikiewska  - rozpoczęłam pracę w 1958 r. i pracowałam do 1990 r. Pan Strzelecki to bardzo solidny, uczciwy, pracowity człowiek, zawsze zadowolony z życia, dobrze ułożony. Dbał o pracowników, o placówkę. Operatorem najpierw był pan Sobczak, potem Irena Skonieczna i pan Prus. Później był remont kina. Remontowano go ze 4 razy, zanim powstał obecny budynek. 
Pracownicy otrzymywali premię, jeśli na filmach była duża frekwencja. Premie za filmy radzieckie były znacznie wyższe niż za polskie. Pracownicy kina chodzili więc po szkołach i rozprowadzali bilety, ale potem mieli finansową (i nie tylko) satysfakcję.
W czerwcu 1965 r. do załogi kina „Wschód” dołączyła kasjerka Jolanta Tarasiuk. Wtedy budynek kina był po pierwszym remoncie. W sali na 300 miejsc ławki zastąpiły twarde, drewniane fotele.
- Pani Zofia Strzelecka była krawcową. Szyłam sobie u niej ubrania i tak poznałam jej męża. Był niski, szczupły, uśmiechnięty, szybko chodził. Zasadniczy, poukładany, prawy, bardzo dokładny. Nie odkładał niczego na następny dzień. Podobno zaraz po wojnie pracował w zarządzie wodnym jako księgowy. Stąd być może jego dokładność – przypuszcza Jolanta Tarasiuk. - Wszystko musiało się zgodzić co do grosika. Praca w kinie to praca głównie wieczorami, co trzecia niedziela była wolna. A jak były seanse dla szkół, to i w dzień się przychodziło. Pracowałam na pół etatu. Szłam do pracy na 16, do 19 miałam 3 godziny. A w trakcie filmu godzinę miałam wolną. Mieszkałam na ul. Kopernika. Trochę się bałam, czy dam radę, bo miałam małą córkę. Ale to były inne czasy.
W kinie nie tylko grywano filmy, odbywało się wiele różnorodnych imprez kulturalnych. Wojnicki, Santor, Połomski - wszyscy najlepsi tu występowali.
Rok 1962 był dla państwa Strzeleckich przełomowy, bo po latach oczekiwań urodziły się im córki – bliźniaczki; Alicja i Irena.
- Te córki to było dla niego szczęście – podkreśla Jolanta Tarasiuk.
Pracował w kinie do emerytury. 
- Potem często nas odwiedzał, brakowało mu tej pracy – wspomina pani Jola.- Kiedyś wyżalił się: „Wie pani, wyszedłem z domu i już mam skręcić w Kościuszki. Ale nie, ja nie mam po co tam iść, ja do mostu idę.” 
Marian Strzelecki na początku lat 80. zatrudnił się na pół etatu w Spółdzielni Transportu Wiejskiego Oddział w Wyszkowie jako inspektor ds. technicznych. Jego obowiązkiem było sprawdzanie samochodów pod względem technicznym przed wyjazdem z bazy. 
- To był porządny człowiek – wspomina Jan Dziubłowski, wówczas dyrektor STW – pracował u mnie ze 2 lata. Nikomu nie ubliżył, nigdy nie słyszałem, żeby przeklął. Ale też był bardzo ostrożny, czasem miałem wrażenie, że bał się własnego cienia. Miałem do niego stuprocentowe zaufanie, był uczciwy, nieprzekupny.
 
Podróż marzeń
Marian Strzelecki był zapalonym żeglarzem, miał patent sternika morskiego. Przyjaźnił się z Kazimierzem Deptułą, w kinie organizował spotkania ze swoimi kolegami z Gdyni. Długo nie mógł dostać paszportu, by popłynąć w wymarzoną podróż, najchętniej dookoła świata. Udało mu się to dopiero w 1976 roku, miał wtedy 64 lata. Przeszedł badania lekarskie, wygrał z wieloma młodszymi od siebie i został zakwalifikowany do udziału w rejsie. Pozostała tylko sprawa uzyskania paszportu, z czym miał problemy od lat. Zaufał mu urzędnik wydający paszporty: „Jeśli da pan słowo honoru, że  nie ucieknie z kraju – zastrzegł - to dam panu paszport”.
Marian Strzelecki popłynął wtedy jachtem „Jurand” z PZŻ  przez Bałtyk i Morze Północne. Zwiedził: Niemcy (NRD i RFN), Danię, Holandię, Anglię (gdzie odwiedził gimnazjalnego kolegę Ryszarda Konieczkę, kuzyna Skarżyńskich) i Szwecję. Bardzo pomocne było, że znał język angielski, niemiecki, francuski, rosyjski. Po zakończeniu rejsu otrzymał podziękowania, że wykazał się wielkimi umiejętnościami nawigacyjnymi.
- Tylko gotować na jachcie  nie umiał – śmieje się córka.
- Wrócił spełniony, bo to taki żeglarz – dodaje Wanda Ponikiew-ska.
Interesowały go też Indie, należał do stowarzyszenia polsko-indyjskiego, ćwiczył jogę. W 1997 roku spędził w Indiach cały miesiąc.
Epilog
W sierpniu 1997 roku odprowadził córki na dworzec autobusowy (wtedy przy moście drogowym). Gdy wracał do domu przez park, został napadnięty i brutalnie pobity. Dostał udaru. W październiku w głowie ujawniły się dwa krwiaki, które stały się powodem jego powolnego odchodzenia z tego świata.
- Był wspaniałym człowiekiem, zawsze zadowolony z życia, dobrze ułożony, z poczuciem humoru. To nie był ponurak. Walczył o tę wolną Polskę, a potem poszedł na spacer do parku, gdzie jako pracownicy oświaty i kultury sadziliśmy drzewa (nowa część parku, sąsiadująca z Powiatowym Urzędem Pracy – ES) i w tym jego parku łobuzy go pobili, ukradli zegarek i zerwali z palca obrączkę, której nigdy nie zdejmował – denerwuje się, mimo upływu tylu lat, Wanda Ponikiewska. - Lekarze powiedzieli, że gdyby mózg nie był tak zbity, to udałoby się go może uratować.
- Najbardziej utkwiło mi w pamięci – wspomina Jolanta Tarasiuk - jak przyszedł do nas po napadzie. Pobili go, zabrali mu zegarek i obrączkę. Zaszedł do kina, bo wracał z komendy policji, gdzie poszedł zameldować o napadzie. Opowiadał, że szedł alejką w parku, podszedł do niego zbir, uderzył, tłukł po głowie. Najbardziej żal mu było obrączki, bo tego roku obchodził 50. rocznicę ślubu. Po tym napadzie bardzo chorował.
- Było ich dwóch – dodaje Irena Strzelecka. – Jeden złapał go za gardło, a drugi krzyczał: dawaj pieniądze (nie miał wtedy portmonetki), obrączkę, zegarek. Bili go po głowie. To takie bezsensowne; przeżyć tyle i zostać pobitym w ukochanym parku. Sprawców nie schwytano.
Na obrączce był wygrawerowany napis: „Zofia 7 IV 47”. Gdyby przypadkiem ktoś miał tę obrączkę, córki chciałyby ją odkupić.
Marian Strzelecki zmarł 20 lipca 1998 roku, został pochowany w grobie rodzinnym na cmentarzu parafialnym w Wyszkowie (miedzy wejściem od ul. Nadgórze i kaplicą cmentarną).

komentarze:

dodaj komentarz
bm93eXd5c3prb3dpYWsucGw# <a href='http://mewkid.net/generic-cialis/#ulipuwen-a'>ulipuwen-a.anchor.com</a> [URL=http://mewkid.net/generic-cialis/#ulipuwen-u]ulipuwen-u.anchor.com[/URL] http://mewkid.net/generic-cialis/#ulipuwen-t http://mewkid.net/generic-cialis/#ulipuwen-t http://mewkid.net/generic-cialis/#ulipuwen-t http://mewkid.net/generic-cialis/#ulipuwen-t http://mewkid.net/generic-cialis/#ulipuwen-t http://mewkid.net/generic-cialis/#ulipuwen-t http://mewkid.net/generic-cialis/#ulipuwen-t http://mewkid.net/generic-cialis/#ulipuwen-t uyeyidu
iqajii
bm93eXd5c3prb3dpYWsucGw# <a href='http://mewkid.net/generic-cialis/#oquyaax-a'>oquyaax-a.anchor.com</a> [URL=http://mewkid.net/generic-cialis/#oquyaax-u]oquyaax-u.anchor.com[/URL] http://mewkid.net/generic-cialis/#oquyaax-t http://mewkid.net/generic-cialis/#oquyaax-t http://mewkid.net/generic-cialis/#oquyaax-t http://mewkid.net/generic-cialis/#oquyaax-t http://mewkid.net/generic-cialis/#oquyaax-t http://mewkid.net/generic-cialis/#oquyaax-t http://mewkid.net/generic-cialis/#oquyaax-t http://mewkid.net/generic-cialis/#oquyaax-t eyitra
umorenad
bm93eXd5c3prb3dpYWsucGw# <a href='http://mewkid.net/generic-cialis/#yxilepu-a'>yxilepu-a.anchor.com</a> [URL=http://mewkid.net/generic-cialis/#yxilepu-u]yxilepu-u.anchor.com[/URL] http://mewkid.net/generic-cialis/#yxilepu-t http://mewkid.net/generic-cialis/#yxilepu-t http://mewkid.net/generic-cialis/#yxilepu-t http://mewkid.net/generic-cialis/#yxilepu-t http://mewkid.net/generic-cialis/#yxilepu-t http://mewkid.net/generic-cialis/#yxilepu-t http://mewkid.net/generic-cialis/#yxilepu-t http://mewkid.net/generic-cialis/#yxilepu-t apufola
ubuyuzaw
Zitcom
Zitcom