Baner desktopowy
Baner mobilny
Adam Rogulski na Mistrzostwach Europy w Triathlonie (FOTO)

Adam Rogulski na Mistrzostwach Europy w Triathlonie (FOTO)

02.07.2026
autor: Sylwia Bardyszewska
Start na Mistrzostwach Europy to dla każdego sportowca wyzwanie, ale też ogromne wyróżnienie. Nagroda za dotychczasowe wyniki i duma z występowania z orzełkiem na piersi. - Potraktowałem to przede wszystkim jako nagrodę za parę sezonów w triathlonie. Startuję w sumie od 7 lat, a w ciągu ostatnich 3 lat udało mi się wskoczyć na pudła w kategoriach wiekowych w różnych zawodach - mówi Adam Rogulski, który niedawno wrócił z Mistrzostw Europy w Triathlonie w słonecznej Hiszpanii.
 
Mistrzostwa odbyły się w malowniczej Tarragonie, w dniach 13–14 czerwca i wzięło w nich udział ok. 1000 zawodników. Adam Rogulski znalazł się wśród osób rywalizujących na dystansie olimpijskim: pływanie - 1,5 km, jazda na rowerze - 40 km, bieg - 10 km. Już sama nominacja, by reprezentować Polskę na takim wydarzeniu, jest ogromnym wyróżnieniem. Przyznaje ją Polski Związek Triathlonu na podstawie wyników osiągniętych w poprzednim sezonie. - To po prostu przyjemne, kiedy widzisz efekty swojej pracy, treningów, poświęcenia. Od jakiegoś czasu współpracuję z trenerem triatlonu, dzięki czemu moja forma i predyspozycje poszły w górę. Trenuję mniej, a mądrze - mówi Adam Rogulski.
Na zawody Adam pojechał z całą familią, łącząc udział w sportowych zmaganiach z rodzinnym wypoczynkiem. Najpierw jednak trzeba było uporać się ze złożoną logistyką związaną chociażby z transportem roweru, który do Hiszpanii poleciał rozłożony w specjalnej walizce. Montaż na miejscu - całkowicie samodzielny. - Montowałem go dwie godziny na balkonie pokoju hotelowego - opowiada wyszkowski triathlonista. - W pewnym momencie przy kierownicy coś strzeliło i pękła podkładka pod śrubę. Miałem obawy, czy śruba będzie trzymać, czy ten rower mnie dowiezie. Pierwszy raz pojechałem też na zawody z zapasową dętką. Byłaby to wielka smuta, gdybym pojechał na Mistrzostwa Europy i ich nie ukończył. Miałem więc ze sobą zapas, naboje z powietrzem, pompkę, łyżkę do wymiany. Na szczęście nie były mi potrzebne. 
Mało brakowało, a wyjazd byłyby „spalony” na samym początku. - Żeby było śmieszniej, kiedy jechaliśmy już na lotnisko, na obwodnicy Radzymina zorientowaliśmy się, że jedziemy na niewłaściwe lotnisko, bo wylot był nie z Okęcia, tylko z Modlina. Całe szczęście było jeszcze na tyle daleko od Warszawy, że odbiliśmy przed Markami na Nieporęt - opowiada Adam Rogulski.

Zawody

- Dla mnie były o tyle wyjątkowe, że start, czyli pływanie, był australijski - z wody. Wszyscy zawodnicy startujący w danej fali (w mojej było ok. 100 osób) są już w wodzie, trzymają się belki i na sygnał wszyscy hurra i do przodu - relacjonuje Wyszkowianin. - Najczęściej zawody zaczynają się rolling startem, czyli na gwizdek sędziego co 2 sekundy puszczają po 3-4 osoby. To bezpieczniejsze i bardziej komfortowe dla osób słabiej pływających. Start australijski powoduje tzw. pralkę. Dobrzy pływacy lepiej sobie radzą, a słabsi mają utrudnione zadanie, bo można dostać łokciem, ręką, nogą. Po prostu wszyscy na hurra mocno przyspieszają. Tutaj start był w porcie, wokół pełno wielkich, luksusowych statków i miedzy nimi poprowadzona była trasa.
Po pływaniu przyszedł czas na rower. Trasa biegła wzdłuż linii brzegowej, więc była malownicza, ale wymagająca ze względu na pagórki i mocne podjazdy. Na koniec bieganie po porcie - cztery pętle po 2,5 km.
- Zazwyczaj pływanie jest kulą u nogi dla naprawdę bardzo dobrych sportowców, którzy są świetnymi biegaczami czy kolarzami. W triathlonie jest złota zasada, że zawodów nie wygrywa się pływaniem. Oczywiście, to bardzo pomaga, ale ci najlepsi na świecie po pływaniu są w drugiej, trzeciej dziesiątce, a potrafią wygrywać całe zawody - dodaje Adam Rogulski. - Ja najbardziej lubię rower. I tutaj widzę najszersze spektrum do działania dla siebie i mojego trenera. Ostatecznie na tych zawodach przegrałem pierwszą dziesiątkę bieganiem, bo po pływaniu wyszedłem ósmy, po rowerze byłem dziesiąty, a podczas biegania spadłem na dwunaste i czternaste miejsce. Więc to nie był mój dzień biegowo.
- Startowali nie tylko młodzi ludzie. Najstarsza osoba na moim dystansie była urodzona w 1939 r.(!), a najstarszy Polak miał chyba ponad 70 lat - zwraca uwagę Wyszkowianin. - Pełen podziw i szacunek za siłę, werwę i zapał. To jest coś niesamowitego.
Popularność triathlonu ciągle rośnie, co widać również w Wyszkowie. - Poza Gosią Wyszyńską- Kwiatkowską, której w zeszłym roku bardzo dobrze poszło na Mistrzostwach Polski, jest w Wyszkowie kilku młodych chłopaków, którzy zaczynają zabawę z triathlonem. Dwóch zgłosiło się do mnie z pytaniami, od czego zacząć, trochę poinstruowałem, ale skierowałem do mojego trenera. Wiem, że są inni, którzy samodzielnie trenują. Jest Marek, który też trenuje u tej samej osoby, co ja.

Wynik

W swojej kategorii Adam zajął 14. miejsce. - Nie jestem do końca zadowolony, ale wstydu też nie ma - mówi. - Jestem szczęśliwy, że ukończyłem, że byłem na tak dużych, fajnie zorganizowanych, prestiżowych zawodach. W mojej kategorii było czterech Polaków i dwóch stanęło na podium, jeden wygrał, a drugi zajął III miejsce. Ale obydwu pokonałem w pływaniu.
W sumie pokonanie całego dystansu zajęło Adamowi Rogulskiemu 2:19:49, w tym pływanie - 0:26:12, rower – 1:05:00, bieganie – 00:44:32.
Na ten rok planuje jeszcze start w zawodach pod koniec wakacji, już w Polsce. - To będzie połówka Ironmana, czyli dystans dwukrotnie większy od tego, na którym teraz startowałem. Mocno ograniczę starty ze względów rodzinnych i żeby też trochę mniej trenować - mówi. - Na przestrzeni lat zrozumiałem, że nie zawsze trzeba dociskać treningi na 100%. Czasami warto odpuścić, poświęcić więcej czasu na regenerację niż ciągle dokręcać śrubę. Układ nerwowy ma bardzo duży wpływ na formę i wyniki. Inaczej też człowiek podchodzi do porażki. Startuję od 7 lat i nadal mam w sobie chęci, werwę i taki żar. W triathlonie często zdarza się, że ludzie od razu startują na dłuższym dystansie i już po jednym sezonie się wypalają. Ja stawiałem krok po kroku, stopniowo i powoli. 
Zaczęło się wiele lat temu, od biegania. - Zawsze lubiłem też kolarstwo. Kiedyś miałem marzenie wjechania na słynną górę Mont Ventoux we Francji, gdzie prowadzi etap słynnego Tour de France. Trenowałem z wyszkowską Cateną, jeździłem z nimi na treningi dla samego trenowania. Do pływania było mi najdalej, ale dla samego siebie, lepszego samopoczucia zacząłem regularnie chodzić na basen. Kiedy doszedłem do punktu, w którym te trzy dyscypliny zaczęły łączyć się w całość, stwierdziłem, że warto w końcu wystartować. To był 2019 r., zdecydowałem się na zawody w cyklu Garmin w Nieporęcie - wspomina Adam Rogulski. - Z każdym sezonem zawodów było coraz więcej. Po latach zwiększyłem dystans. Gdybym rzucił się od razu na głęboką wodę, nie osiągnąłbym oczekiwanych rezultatów. Nie chcę czegoś robić dla samego zaliczenia; chcę mieć z tego, oprócz satysfakcji, moralny wynik spełnienia, że dałem radę. 
- Przed wyjazdem zadawałem sobie pytanie, czy te zawody będą początkiem czegoś nowego, czy może będą już ukoronowaniem. Nie znam na razie odpowiedzi na to pytanie - ze śmiechem dodaje triathlonista. - Ale mam odległe marzenie, bo chciałbym pokonać królewski dystans, czyli pełnego Ironmana. Podchodzę do tego z ogromnym respektem, szacunkiem, nie chcę tego robić na zaliczenie, tylko chciałbym czerpać z tego też przyjemność, a wiem, że taki dystans wymaga trochę bólu i cierpienia. Jestem po pięciu operacjach kolana, w tym dwóch przeszczepach chrząstki. Mimo wszystko jestem na tyle zdrowy, kontroluję się i badam, że mogę trenować triathlon. Kiedy mój syn, Gustaw, kończył 2 lata, miałem mały wypadek, samochód stoczył się i przycisnął mnie do drugiego samochodu, miażdżąc mi miednicę. Po 2 miesiącach wróciłem do zdrowia i do treningów. 

Treningi

- Trenujesz codziennie?
- Moja żona twierdzi, że codziennie. (śmiech) W zależności od pory sezonu i pory roku, czasami rzeczywiście trenuję codziennie. Czasami jednostki treningowe są już regeneracją, np. pływanie. Dla niektórych pójście na basen to trening, dla mnie po prostu przyjemność. Generalnie trenuję od 6 do 12 godzin tygodniowo. Oczywiście, zdarzają mi się dni wolne. Na przestrzeni ostatniego 1,5 roku nauczyłem się odpuszczać.
- Ale kiedy zbliżają się zawody, przyspieszasz trening?
- Nie. Są dwie szkoły. Jedna mówi, żeby docisnąć, a druga, żeby odpuścić. Teraz przed zawodami miałem tydzień luzowania, odpuszczenia, żeby organizm się zresetował, zregenerował, żeby na zawody był po prostu ogień. Ale czasami organizm na bardzo dużym zmęczeniu znajduje kolejne pokłady energii. O tym, którą drogę wybrać, decydujemy z trenerem dwa tygodnie przed zawodami. Mój trener bazuje nie tylko na liczbach, ale też na odczuciach, co też jest dla mnie bardzo ważne. Czasami warto odpuścić, zrobić coś nie na 100%, tylko po prostu czerpać z tego radość, a efekty i tak przyjdą.
- Wydaje się, że bardzo spokojnie do tego podchodzisz.
- Adrenalina i stres wynikający ze sportu napędza człowieka. Lubię rywalizację, zawsze lubiłem. Już jako dziecko lubiłem rywalizować ze starszymi. Mama umacniała mnie w tym; powtarzała, żebym się nie bał. Chciałbym przekazywać to swoim synom, żeby nie bali się rywalizować, ale przede wszystkim uczyli się znosić porażki, bo to one budują i mobilizują, żeby dalej próbować być coraz lepszym.
 
Podziękowania za wszystko dla: mamy i taty, trenera Adama „STRĄKMANA” Sułowskiego, Łukasza Góralewskiego z Cateny, Gosi Wyszyńskiej-Kwiatkowskiej i Kasi Wszoły oraz mojej żony Sylwii z chłopcami <3, bez której nie byłoby wszystkiego. 
WOK Hutnik - Edukacja Młode Horyzonty
Komentuj, logując się przez Facebooka, Google+, Twittera, Disqus LUB pisz jako gość
Zitcom