Biorę rodzinę, jadę na zachód, ale wracam i się biję

Wydarzenia

Biorę rodzinę, jadę na zachód, ale wracam i się biję

30.08.2016
autor: Sylwia Bardyszewska
W czerwcu polskie siły zbrojne przeprowadziły ogromne przedsięwzięcie szkoleniowe Anakonda-16, w którym wzięło udział 31 tys. żołnierzy, polskich oraz z 24 państw sojuszniczych i partnerskich. Praca, przygoda, przygotowanie do ewentualnego konfliktu zbrojnego? Jak wygląda dzisiejsze wojsko? – na pytania odpowiada ppor. rez. Andrzej Rusek, jedyny wyszkowianin biorący udział w Anakondzie. 
 
Jest pan podporucznikiem rezerwy, trafił pan na ćwiczenia jako były żołnierz zawodowy.
    - Studiowałem w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, specjalność rozpoznanie, trafiłem do Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych do Warszawy. Po studiach dostałem tam przydział. Byłem dowódcą plutonu, później dowódcą kompanii, kompanii honorowej Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych. Mieliśmy uroczyste defilady przy Grobie Nieznanego Żołnierza, kompania ochraniała Pałac Prezydencki. Byłem jednym z dwóch młodych oficerów wytypowanych, by przywitać w pałacu papieża Jana Pawła II.
Odszedłem z wojska, kiedy nadwiślańskie jednostki zostały rozwiązane. Wojsko zapomniało o mnie na kilka lat. Rok temu WKU odezwało się do mnie, wziąłem wówczas udział w również dużych ćwiczeniach Tumak’2015. Poznałem ludzi, których w tym roku spotkałem ponownie. 
W których ćwiczeniach podczas Anakondy brał pan udział?
    - Anakonda to ćwiczenia powietrzne, morskie i lądowe. Brałem udział w lądowych, wraz z 16. Pomorską Dywizją Zmechanizowaną w Elblągu. Rozpoznawaliśmy różne grupy hybrydowe, przekazywaliśmy rozkazy innym komórkom, których zadaniem była inwigilacja tych grup lub ich unicestwianie. W naszej jednostce byli jeszcze Amerykanie i Słowacy.
Jak pan się czuł, zakładając mundur po 15 latach?
    - Rok temu nie miałem wyobrażenia, co będzie się działo, jechałem z lekkim stresem. Umundurowanie i pakują człowieka w samochód, jedzie się w nieznane. Teraz już wiedziałem, na co się przygotować. Ale człowiek szybko się przestawia.
W mundurze czuję się normalnie, jestem po liceum wojskowym, szkole wojskowej. Mój ojciec był żołnierzem zawodowym, z wojskiem miałem więc kontakt od dziecka. Ale kiedy jestem w wojsku, momentalnie wraca mi nawyk, że cały czas muszę mieć przy sobie jedzenie, kanapki. Przyjeżdżam taki najedzony. Ale i kuchnia w wojsku się zmieniła, posiłki są o wiele lepsze niż za moich czasów.
Chciałby pan wrócić na stałe do wojska? Powstaje obrona terytorialna.
    - Chyba już za stary jestem. Nie wiem, jakie będą kryteria. Założeniem są ćwiczenia chyba raz miesiącu, przez weekend. Zawsze to może pomóc. Pracuję w Quad/Graphics, to duży zakład, dużo młodzieży. Rozmawia się na różne tematy, także o tym, co by było, gdyby wybuchła wojna, zwłaszcza że mamy zagrożenie ze wschodu. Generalnie najczęściej słyszę odpowiedzi: „Biorę rodzinę i jadę na zachód”. Ja robię podobnie: „Biorę rodzinę, jadę na zachód, ale wracam i się biję”. Teraz generalnie młodzież ma inną mentalność.
Może z tego powodu trochę szkoda, że nie ma służby zasadniczej, która jednak zaszczepiała w młodych taki obowiązek.
    - Spotykam ludzi, którzy pode mną służyli, np. jeden pracuje w Wyszkowie w policji. Oni na pewno mają inne podejście. Pamiętam chłopaka, po którym widać było, że go zniszczą. Wziąłem go na pisarza, bo na kompanii nie poradziłby sobie. Starał się jak mógł i jak wychodził z wojska, był rezerwistą pełną gębą. Nastąpiła ogromną transformacja. Negatywy oczywiście są, ale następują dlatego, że ktoś ma ku temu tendencje, a nie dlatego, że wojsko to robi. Bo wojsko szkoli w dobrym kierunku, teraz jeszcze bardziej.
Ćwiczenia takie jak Anakoda mają na celu przygotowanie wojska na różne sytuacje, ale dla was, rezerwistów, to chyba także przygoda.
    - Traktuję je jako pracę. Lubię to, ale nie ma miejsca na zabawę. Nie wyobrażam sobie rezerwisty, który przyjechał się po prostu dobrze bawić. Nie jest tak, że dają rezerwiście karabin i każą biec przed siebie. Mamy zawodowych żołnierzy szeregowych, tak naprawdę to oni odwalają całą czarną robotę. Rezerwa ćwiczy, by być przygotowaną, kiedy – nie daj, Boże – coś się stanie. Wtedy będą straty i trzeba sięgać po tzw. drugie rzuty, a to ludność cywilna. Jeżeli ja ćwiczę, to może dłużej przeżyję niż ktoś, kto nigdy nie był na ćwiczeniach. Dlatego dla mnie te ćwiczenia to nie zabawa w wojsko, ale zabezpieczenie swoich pleców.
 
Cała rozmowa w najnowszym wydaniu Nowego Wyszkowiaka, już w sklepach i kioskach.
 
Komentuj, logując się przez Facebooka, Google+, Twittera, Disqus LUB pisz jako gość
Odwiedź naszą stronę www Pobierz najnowszą gazetkę promocyjną Odwiedź nas na facebooku
Odwiedź naszą stronę www Pobierz najnowszą gazetkę promocyjną Odwiedź nas na facebooku
Odwiedź naszą stronę www Pobierz najnowszą gazetkę promocyjną Odwiedź nas na facebooku